Jestem właśnie po seansie ciekawego filmu. Historia o wytrwałości w postanowieniach, o sile charakteru, o słabościach nękających uzależnionego człowieka i wreszcie o złamaniu danej samemu sobie obietnicy i nagłym powrocie do nałogu. Na chwilę. Potem refleksja nad sobą i rozpoczęcie bycia “trzeźwym” od nowa. Bohater był seksoholikiem. A do złamania obietnicy wystarczyła mu próba powrotu do normalnego związku. Mały dramat dwojga ludzi, według mnie błahostka, podziałała destrukcyjnie. JEB! Na spotkaniu AA musiał zaczynać od początku.

Hmmm, wygląda mi to całkiem znajomo. Czy my przypadkiem nie jesteśmy uzależnieni od śmieciowego żarcia? Nieeeeee, nie chodzi mi o MaKśmiecia. Chodzi o to co zalega w Twoich szafkach kuchennych. Bo czym można nazwać rafinowany cukier, białą wszechobecną mąkę pszenna, wysokoprzetworzony napój mleczny, oleje roślinne rafinowane? Jest to nic innego jak uzależniające nas trucizny, które powoli ale bardzo wyrachowanie zniewalają nasz organizm. Powolne działanie może się wydawać niegroźne ale to właśnie w ich powolnym działaniu tkwi ich tak ogromna trująca skuteczność.

Według słownika PWN nałóg jest równoznaczny z uzależnieniem, jest niezwykle silną, nawykową potrzebą przyjmowania substancji psychoaktywnej (np. alkoholu, narkotyków, substancji stymulujących lub halucynogennych), realizowaną mimo świadomości szkodliwych następstw zdrowotnych i podporządkowującą sobie inne cele, zainteresowania i całą aktywność osoby dotkniętej nałogiem.

Powyższa definicja nie uwzględnia jednak dwóch bardzo niebezpiecznych czynników które zostały wykorzystane przez koncerny spożywcze, po mistrzowsku, do osiągnięcia niebotycznych zysków. CZAS i OGÓLNODOSTĘPNOŚĆ.

CZAS

Kryterium czasu utrzymuje ludzi w nieświadomości. Kto z was pamięta z jaką częstotliwością się chorowało gdy my byliśmy dziećmi? W latach 70-tych albo 80-tych. Ja to pytanie zadawałam sobie za każdym razem jak podawałam swojej córce antybiotyk. Zawsze próbowałam w myślach odnaleźć potwierdzenie niedawnego stanu rzeczy – tego, że ona tak często chorowała – z tym co mogło się dziać ze mną. Pytanie “- czy ja będąc dzieckiem też tak chorowałam?” zadawałam babci, mamie, ciotkom pytając o ich dzieci. A kiedy słyszałam, że nie chorowaliśmy tak to tłumaczyłam sobie “-eee tam pewnie nie pamiętają i tyle”. Przecież to niewiarygodne, co mogło się zmienić przez raptem 25, 35 lat? One widziały te zmiany. Ale do mnie to nie docierało. Aż w końcu dotarło.

Gdy szkodliwość naszego pożywienia jest z pozoru niewidoczna, nie zwracamy na nią uwagi. Gdy nękają nas niby błahe dolegliwości; bóle głowy, zmęczenie, zaparcia, biegunki, trądziki, hemoroidy, nadwaga, zapalenie pęcherza, skurcze, łzawienie oczu gdy tylko dmuchnie wiatr, suchość spojówek, łupież, nieprzyjemny zapach z ust (o to, to jest dopiero zmora, nie?), zgaga, gazy, nieprzyjemny zapach stóp to idziemy do sklepu/apteki po tabletkę i krem bo reklama już nam zasugerowała, że to normalne ale też, że da się to wyleczyć. Błąd kochani. Tego nie da się wyleczyć tym kremem czy tą tabletką. Ale to się da leczyć. Czujecie subtelną różnicę? Nikt nie chce żebyście byli zdrowi. Jeśli macie powyższe dolegliwości to właśnie staliście się dochodowym pacjentem a pacjent wyleczony to klient stracony. Nie opłaca się was wyleczyć.

Gdy już dolegliwości nas nękają, gdy poczujemy potrzebę podzielenia się z kimś naszym nieszczęściem to okazuje się, że inni też to mają oraz jest takich ludzi cała masa. W takim razie można pomyśleć  „-Uff. To normalne. Nie jestem chory, dotknęły mnie tylko jakieś tam dolegliwości, wezmę tabletkę (która tylko zamaskuje te objawy ale o tym sobie nie zdajesz sprawy) i będzie po kłopocie.” Zupełnie nie dostrzegamy, że nie rozwiązujemy przyczyny dolegliwości. Ale też nikt nie chce żebyśmy te przyczynę odnaleźli. Dlatego właśnie czas tak bardzo gra na korzyść producentów śmieciowego żarcia i koncernów farmaceutycznych.

SYNDROM OBROTOWYCH DRZWI

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego w „CHameryce” jedna instytucja zajmuje się tak odległymi sprawami jak żywność i leki? Dlaczego w kompetencjach jednej instytucji są, wydawałoby się, tak odlegle od siebie sfery życia? Odpowiedz jest banalna. Bo jedzenie i leki są ze sobą powiązane….. korporacyjnie. Te same syntetyczne substancje obecne w lekach, są obecne w żywności. Ci sami ludzie, którzy pracują w korporacji, pracują potem w urzędach i na odwrót. Amerykanie już nazwali to zjawisko “syndromem obrotowych drzwi”. Czy w Polsce też tak się już dzieje? Trendy „CHamerykańskie” docierają do nas szybciej niż się nam wydaje.

OGÓLNODOSTĘPNOŚĆ

Telewizja, reklama, portale społecznościowe. Nie jest tajemnicą, że manipulują ludźmi poprzez bardzo wyspecjalizowane techniki. Dzięki jednemu z “twarzowych portali społecznościowych” udostępniane są dane jego użytkowników o tym jakich informacji wyszukują w internecie, jakie hasła wpisują do przeglądarki, ile czasu spędzają na poszczególnych stronach. Dzięki takim informacjom nabywające je firmy kształtują np: swoje kampanie reklamowe, planują sprzedaż nowych produktów, sztucznie wzbudzają w nas potrzebę posiadania czegoś, czego tak naprawdę nie potrzebujemy. I to jest tylko sfera czegoś czego NIE POTRZEBUJESZ. A co z tym co jest dla nas codziennością? Co z pożywieniem na co dzień. Czy na pewno wiemy jak się prawidłowo odżywiać? I co to jest prawidłowe odżywianie? Czy to nie jest przypadkiem po prostu to co jest ogólnodostępne? Tak łatwo dostępne że no jak to, to właśnie musi być to co powinniśmy jeść? Po wielu miesiącach grzebania w internecie, po wywiadach z ludźmi “przewlekle zdrowymi” twierdze jedno. My nie mamy granatowego pojęcia o tym jak się odżywiać. Ja cały czas odkrywam nowe informacje i analizuje od nowa czy to co mam w szafkach do zjedzenia na pewno w tych szafkach powinno pozostać? Dodam tylko, że nie ma u mnie: pszenicy, mleka, cukru, konserw, słodyczy (wyjątek robię dla czekolady 70%), oleju rzepakowego, żadnego innego oleju rafinowanego, kremów do twarzy/ciała (już nie używam), pasty do zębów z fluorem (z wielkim trudem ale znalazłam taka bez fluoru i S L S), mydeł/szamponów z S L S, a ostatnio wyrzuciliśmy też “Telewizję”. Jesteśmy tym osaczeni. Wchodzimy do sklepu ze zdrową żywnością a tam co? Pszenica, mleko, cukier, konserwy, słodycze, oleje itd. tylko że z certyfikatem. I co z tego skoro to i tak jest niezdrowe. To nie jest to co powinniśmy jeść na co dzień. Dlaczego nie zastanawiamy się co powoduje nasze dolegliwości? Czy naprawdę to jest możliwe, że praktycznie cała nasza codzienność jest naszym zabójca, cały nasz tryb życia doprowadza nas do przedwczesnej śmierci? Ale jest śmierć i śmierć. Śmierć we śnie, w spokoju z powodu starości. Pewnie to  widzicie w wyobraźni. Niestety ZONK!!! Ta śmierć, jaka Was czeka to śmierć w koszmarnych bólach, w jękach, w pieluchach pełnych własnych odchodów. Przy odrobinie szczęścia może ktoś was odwiedzi ale jest więcej niż pewne, że go nie rozpoznacie. W takim razie będzie to nie tylko śmierć w bólach, smrodzie, gównie i sikach ale też w samotności! To jest to co oferuje nam ogólnodostępność.

Będąc osaczeni, nie zdając sobie kompletnie sprawy z tego co nas czeka, nawet jeśli traficie na informacje o powyższych zagrożeniach ze strony ogólnodostępnego pożywienia, to kto z was weźmie sobie to do serca i zmieni tryb odżywiania? Przecież na coś trzeba umrzeć, nieprawdaż? Kto z was sobie właśnie tak tłumaczy brak jakiejkolwiek reakcji na toksyczność ogólnodostępnych produktów spożywczych? Tiaaaaaa. To jest po prostu lenistwo. Tak ja też sobie tak kiedyś nie raz TO tłumaczyłam. Ale KONIEC z TYM. Ja wzięłam los we własne ręce, ja wzięłam odpowiedzialność za swoje zdrowie i swojej rodziny, ja nie będę skazywać moich bliskich na konieczność podcierania mojej DU….. na starość. Bo to jest właśnie konsekwencja podążania za biernym hasłem „na coś trzeba umrzeć”.

CHĘTNY UMIERAĆ NA COŚ!?

Mamy zatem Klub Chętnych Umierać na Coś. To jest jak klub AA tylko, że jego członkowie mają znacznie mniejsze szanse lub zerowe, żeby się z tego nałogu wyrwać niż alkoholik, seksoholik czy dajmy na to narkoman – ci maja prosta sprawę. Przestaną pić, brać czy rypać i po sprawie. Wystarczy wytrwać bez tej jednej jedynej czynności. Do tego ich nałóg jest zdiagnozowany jako choroba.

  1. Nałóg członka Klubu Chętnych Umierać na Coś nie jest zdiagnozowany jako choroba. Jest za to znacznie gorzej. Poza tym, że nałogowi „Klubowicze” nie zdają sobie sprawy z nałogu to dodatkowo ich nałóg jest promowany i podtrzymywany przez instytucje rządowe i międzynarodowe. WHO zaleca zbożna w podstawie piramidy odżywiania. NO LUDZIE NO????. Ktoś w internecie podał inne rozwiniecie skrótu WHO, które znacznie lepiej odzwierciedla jej działania – World Holokaust Organization.
  2. Informacja o uzależniającym działaniu pszenicy czy cukru jest dementowana, wyśmiewana, ironizowania. Potężne korporacje czerpiące zyski z tych produktów są silnie w to zaangażowane,
  3. Skutki zdrowotne spożywania tych ogólnodostępnych trucizn są bagatelizowane i wykorzystywane na korzyść przemysłu farmaceutycznego.
  4. Rodzi się kolejne źródło zysku, przemysł „zdrowej żywności” wśród których chętni umierać na coś też się nie mogą połapać co zdrowe a co nie. W rezultacie mamy totalny bałagan żywnościowy i kolejne źródło destrukcji naszego zdrowia. Ale to nie znaczy, że masz omijać sklep ekologiczny szerokim łukiem. Sprzedawca w takim sklepie jest ci w stanie doradzić co zdrowe a co nie – zapytaj go o naprawdę zdrową żywność!
  5. Gdy już taki chętny umierać na coś zechce wziąć swoje zdrowie w swoje ręce TO NIE WIE JAK! Wiem to z własnego doświadczenia. Najcelniejszym źródłem wiedzy nie zawsze pozostaje internet.

Halo? Czy już jesteś w Klubie Chętnych Umierać na Coś? Jedyną słuszną drogą jest wziąć płaszcz i z tego klubu wyjść. Nie zwlekaj.

Zrób to TU i TERAZ

Jeśli jesteś gotowy na zmiany to przeczytaj 8 zasad żywienia jakie opisała kilka dni temu poczta zdrowia. Moje zasady są odrobinę inne, będę je tu sukcesywnie opisywać na blogu ale jak na początek to w miarę dobry start, pomimo, że się nie zgadzam częściowo z punktem 2 i 8.

PS: Ja już tyle razy powtarzam to samo wielu ludziom, że postanowiłam to raz napisać. Czytajcie, dowiadujcie się prawdy o swoim jedzeniu. Nie bójcie się pytać o pochodzenie żywności, jest to wasze prawo a sprzedawca ma obowiązek wam udzielić wyczerpującej informacji.

Edycja: po zapoznaniu się z badaniem dr Sfenie Seneff na temat szkodliwości glifosatu, zmieniłam swoje nastawienie do zbóż. Piszę o tym tutaj .