Jak bardzo jesteśmy manipulowani? Jak często? W jak wielu dziedzinach? Czy przypadkiem jedna z najważniejszych sfer naszego życia  – zdrowie – nie jest już w naszych rękach a my o tym nawet nie mamy pojęcia? Bo ja mam wrażenie, że cały czas mam do czynienia, w środkach masowego przekazu, z wykorzystywanie pewnych chwytów w celu osiągnięcia określonego rezultatu. Wyobrażam sobie np. taka sytuacje, gdy słyszę informację „ten lek leczy chorobę X” i od razu jawi mi się obraz zdrowego wyleczonego człowieka. Ale rzeczywistość jest inna. Choroba „X” nie powinna być nazwana chorobą, (bo jest w tylko symptomem albo tzw.: markerem) a lek nie leczy tylko ten symptom zagłusza.

I tak mamy, na przykład, niesterydowe leki przeciwzapalne (NLPZ) takie jak ibuprom, aspiryna czy z silniejszych ketonal, które są stosowane jako przeciwzapalne. Jawi się zatem po ich zastosowaniu w mojej wyobraźni człowiek wyleczony ze stanu zapalnego, który to stan powoduje choroby. A tu pudło. Powyżej wspomniana grupa leków nie wyleczy stanu zapalnego. Mają one tylko za zadanie stłumić jego objawy a nie wyleczyć jego przyczynę. Obniżają zatem gorączkę, która jest ważną bronią organizmu przeciw patogenom. Gorączka chroni też organy wewnętrznie. W rezultacie leki z grupy NLPZ obniżają skuteczność działania układu odpornościowego(1). Nasz układ odpornościowy to podstawa utrzymania naszego organizmu w dobrej kondycji. Wszelkie ułomności układu odpornościowego prowadzą do pogorszenia stanu zdrowia, nawracających stanów zapalnych a w konsekwencji braku umiejętności prawidłowej jego interwencji w stanach chorób przewlekłych a nawet do śmierci. Co zatem powinniśmy sobie wyobrażać po zastosowaniu aspiryny? Pogorszenie ogólnego stanu zdrowia, bo zamykamy sobie jedyną naszą prawidłową drogę do zdrowia.

Na drugim miejscu plasują się w moim mniemaniu szczepionki – „bezpieczne” i „skuteczne” oraz „odporność stada”. Jak słyszę „bezpieczne” to od razu rozumiem, że coś zostało przebadane w taki sposób, który niepodważalnie dowiódł brak, lub bardzo nikłe niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia. Takie badanie wyglądało pewnie tak – wzięto grupę ludzi, która dostała szczepionkę i porównano skutki po szczepieniu z druga grupą, której szczepionki nie podano a w jej miejsce podano tzw. placebo. Tak się wykonuje przecież wszystkie badania w celu udowodnienia bezpieczeństwa dla zdrowia. Tym czasem badania przeprowadza się inaczej. Zamiast placebo, grupie kontrolnej podaje się inną szczepionkę np.: na Meningokoki C lub WZW B.

„W badaniach porównuje się bezpieczeństwo i skuteczność szczepionki w stosunku do nieaktywnego placebo lub kontroli, którą może być inna zarejestrowana szczepionka”(3)

I jak tu można stwierdzić szkodliwość? Jest to niemożliwe, bo skutki uboczne są bardzo podobne. Rezultat – skoro nie ma większych różnic pomiędzy grupami w badaniu to znaczy, że są bezpieczne. Mnie zastanawia, po co manipulować przy grupie kontrolnej z inna szczepionką. Dlaczego nie ma nakazu wykonywania tych badań tylko z placebo?

„Skuteczność” szczepionek kojarzy się od razu z tym, że jeśli się zaszczepię to nie zachoruję. Prawda jest taka – nikt nie bada gwarancji niezachorowania na chorobę na którą jest szczepionka. Określenie „skuteczne” oznacza w praktyce fakt wywołania reakcji organizmu na adjuwanty zawarte w szczepionce a to nie ma nic wspólnego z gwarancją tego, że się na nią nie zachoruje. Skuteczność szczepionek mierzy się przez pomiar poziomu przeciwciał, pomimo że nigdy nie udowodniono,  że jest to miarą odporności. Jednie tylko UZNANO, poprostu zwyczajnie przyjęto, że w przypadku zwiększonego poziomu przeciwciał pacjent jest chroniony. Tylko na podstawie tej TEZY przyjęto, że szczepionki, które podnoszą przeciwciała, są skuteczne. Nie jest to niestety prawdą ponieważ można zachorować na tężec mając od 100 do 400 razy wyższe poziomy przeciwciał od przyjętych za ochronne. W trakcie badań nad szczepionką przeciw krztuścowi zaobserwowano brak bezpośredniej zależności pomiędzy ilością przeciwciał a zachorowalnością na krztusiec wśród zaszczepionych. Innymi słowy – nawet jeśli podanie szczepionki spowoduje wzrost przeciwciał to nie znaczy, że nie zachorujesz(4). To gdzie tu jest skuteczność? Zwykły chwyt marketingowy. Dlaczego nie wykonuje sie wprost badań które ostatecznie rozwiałyby wszelkie wątpliwości? Z pewnością nie dlatego, że firm farmaceutycznych na nie nie stać.

Im wyższa wyszczepialność tym większa „odporność stada”. To określenie jest na tyle groźne, że potęguje wśród ludzi agresję wobec osób nieszczepiących, głównie wobec rodziców nieszczepiących swoich dzieci. Odporność stada tworzy się dla chorób, których przebycie (przechorowanie i wyzdrowienie) gwarantuje ochronę przed zachorowaniem przez całe życie. Następnie matka poprzez karmienie piersią przekazuje wraz z mlekiem ochronę swojemu maleńkiemu dziecku. Ochrona istnieje dopóki matka karmi, gdy odstawi dziecko od piersi malec musi sam przechorować chorobę, żeby wytworzyć sobie własną odporność. Tym samym, im więcej osób ma dożywotnią odporność po przechorowaniu, tym silniejsza „odporność stada” przed epidemią. Nie ma to nic wspólnego ze szczepionkami, bo one nie dają dożywotniej odporności, nie ma możliwości przekazania naturalnych przeciwciał z mlekiem matki a na dodatek nikt nie bada jakie wieloletnie skutki uboczne powodują szczepienia. Wysoka wyszczepialność daje nam tak naprawdę „fałszywą odporność populacji”, której skutki nie są nawet do przewidzenia. Są już jednak pierwsze problemy. Badanie opublikowane w Journal PLOS pathogens (2) wykazało niesklasyfikowaną mutację szczepionkowego wirusa polio w ciele zaszczepionego mężczyzny 30 lat wcześniej. Jednocześnie w próbkach ścieków komunalnych pobranych na Słowacji, w Finlandii, Estonii oraz Izraelu, wykryto „kilka wysoko zmutowanych szczepów polio pochodzących ze szczepionek”. Jak dla mnie to spory geograficzny rozrzut.

Poniżej polecam obejrzeć krótki wycinek z wykładu Dr Suzanne Humphries (8 minut) na temat „odporności stada” (film w wersji angielskiej z polskimi napisami). Film o tyle wartościowy, ponieważ zawiera kilka ważnych wskazówek jak postępować podczas leczenia Odry.

Następnie na mojej liście są metody manipulacji właściwościami produktów spożywczych. Nagminne jest łączenie prozdrowotnych właściwości w naturalnie występujących nieprzetworzonych roślinach np.: kakaowiec z przetworzonymi, rafinowanymi produktami z tych roślin tu: czekolada. Czekolada nie ma wcale tyle magnezu, co nasiona kakaowca. Proces produkcji sklepowej czekolady skutecznie pozbawia się jej surowiec swoich prozdrowotnych składników. Inny przykład to olej rzepakowy. Ten nierafinowany, tłoczony na zimno działa korzystnie na nasze zdrowie, jeśli spożywamy go na surowo (czyli na nim nie smażymy). Co z tego, jeśli właściwości tego nieprzetworzonego oleju łączy się z rafinowanym i chemicznie obrabianym olejem rzepakowym stawianym na półce sklepowej w plastikowej butelce! Ot taki tam, szczyt hipokryzji!

Kolejny problem to kładzenie nacisku na jedną cechę – podkreślając jest pro-zdrowotną wartość – niezdrowego produktu spożywczego z pominięciem reszty „dobrodziejstwa inwentarza”. Znów na myśl przychodzi mi nieszczęsny olej rzepakowy. Kwasy omega-3 i omega-6 a w zasadzie ich proporcja w produkcie, tu odpowiednio 1-2 jako najlepsza możliwa kombinacja. Myślę sobie „Łał, zjem i będę zdrowsza i nie będę miała zawału serca”. Diabeł tkwi jednak w szczegółach procesu produkcji. Olej dostępny na półkach jest chemicznie ekstrachowany po to, aby z ziaren wyciągnąć maximum surowca. Jest poddawany działaniu wysokich temperatur, co powoduje poważne uszkodzenie cząsteczek i powstanie szkodliwych dla zdrowia związków. Ale to przecież logiczne, że producent chce maksymalizować zyski. Jednak koszt alternatywny naszego zdrowia jest nieoceniony. Powstały produkt tu: rafinowany olej rzepakowy jest tak bardzo nienaturalny, że nasz organizm nie jest w stanie go rozpoznać, jako pożywienie, nie potrafi go prawidłowo metabolizować, co w rezultacie oznacza, że nie przyswajamy z niego żadnych kwasów omega 3 a jedynie magazynujemy w tkankach całą chemię, która się w tym tłuszczu rozpuściła zaczynając od tego, co roślina zaabsorbowała z gleby, przez opryski roundupem(pisałam o tym tutaj), chemię fabryczną a na końcu cząsteczki plastiku z opakowania, w którym stoi na półce sklepowej.

Ja tego NIE.KU.PU.JE!

Chcąc zgłębić trochę więcej wiedzy na temat historii popularności oleju rzepakowego na naszych stołach polecam lekturę na Nowadebata.pl oraz filmik obrazujący proces produkcji rzepaku na kanale Michała Undry .

 źródła:

  1. Jerzy Zięba „Ukryte terapie” wydanie trzecie 2014, str 53-56.
  2. http://journals.plos.org
  3. www.badaniaklinicznewpolsce.pl
  4. http://www.vaccines.me